Legenda o Lipowych Łąkach
Jak wiadomo Diabeł przegrał z Aniołem bitwę o ludzkie dusze na Piłackich Wzgórzach. Ale licho nie śpi. Postanowił zatem szukać innego miejsca gdzie mógłby szkodzić, bruździć i ludzi nakłaniać do złego. Ruszył w stronę Gębałki, ale, że tam Zło rządziło od dawna, wystraszył się potężnej konkurencji i uciekł z podkulonym ogonem. Skręcił w lewo, w polną drogę, a ta zaprowadziła go na rozstaje, gdzie stała kuźnia, a za nią rozciągała się mała, zielona dolinka. Pośrodku połyskiwało niewielkie jezioro, wokół którego stało kilka domów. Przed jednym z nich rybak naprawiał sieć. Na łąkach dostojnie pasły się krowy, panował spokój i cisza przerywana tylko klekotaniem bociana albo krzykiem żurawi. Nie słychać było nawet dzwonów kościelnych, które właśnie powinny się odezwać „na Anioł Pański”. Do każdej parafii bowiem – i tej w Kutach, i w Budrach, i w Baniach Mazurskich było jednakowo daleko. „Idealne miejsce dla diabła” pomyślał Zły, poczekał do nocy i wbił na skrzyżowaniu wysoki, kanciasty jak jego racice, kamień graniczny, na znak że zamierza objąć tu panowanie.
Ujrzał go Kowal, który późno w nocy kończył jeszcze piękną bramę do dworu i wyszedł na chwilę odpocząć na ławeczce pod lipą . Zmartwiło go to bardzo. Wszak po to jego kuźnię ustawiono na wjeździe do wioski aby Zło z Gębałki się tu nie dostało, a tu masz ci los, nowy problem – Diabeł się zagnieździł i jak widać zamierza się na dłużej rozgościć… Kowal był dobrym człowiekiem, pomocnym i życzliwym. Lubił go nawet kapryśny Kłobuk, który sam mając nieciekawe pochodzenie, podejrzliwie podchodził do ludzi. Sprzyjał tym co o niego dbali, sprowadzał szczęście i spokój, za to jak go ktoś rozzłościł potrafił i ogień zaprószyć, wylatując kominem i majątku pozbawić sprawiając że znikały złote monety oraz pochowane w skrzyniach dobra. Ale kowal zawsze Kłobukowi kromkę chleba na płocie zostawiał, albo miskę mleka na progu i z kuźni nie wyganiał kiedy się ptaszysko przychodziło ogrzać w chłodniejszej porze. Żal się Kłobukowi zrobiło zmartwionego Kowala, podszepnął mu więc, że zmniejszy moc diabelskiego kanciaka, kiedy po drugiej stronie ułoży kamień obły, o łagodnych kształtach symbolizujący dobro w sercach mieszkańców. Kowal posłuchał Kłobuka, a kiedy zaduch wprowadzony przez diabelskie moce nieco zelżał, nagrodził go kaszą z okrasą ze skwarek, co Kłobukowi rzecz jasna, bardzo przypadło do gustu. Pomyślał sobie wtedy przez małą chwilkę, że takiemu kowalowi to by się może nawet dał oswoić. Postanowił też mieć uważne baczenie na diabelskie poczynania i w ten sposób się Kowalowi odwdzięczyć. Kłobucza natura pozwalała mu bez trudu podążać czarcimi ścieżkami obserwował więc wszystkie jego ruchy i uprzedzał Kowala.
Pewnej nocy zauważył że ostre zęby kamienne Diabeł powbijał też od strony wzgórza cmentarnego, bo nie bardzo mu się podobały ustawione tam krzyże, ani te z dwiema poprzecznymi belkami, ani te z jedną. Zwłaszcza irytował go ten, na którym napisano że miłość zwycięży wszystko, nawet śmierć! Kłobuk pokazał kamienie kowalowi, a ten zafrasował się bardzo, bo jak po drodze na cmentarz będzie straszyć, to ludzie ze strachu przestaną tam chodzić, zapomną, a jak wiadomo, brak więzi z przodkami nikomu nie służy, zapowiadało to więc złe czasy dla wioski…
Z pomocą przyszła im Zielarka. Zbierała na tutejszych łąkach rośliny, z których sporządzała później mikstury na wszelkie dolegliwości – od przeziębienia po brak chęci do życia, od wysypki po samotność. Mimo młodego wieku była ceniona i szanowana, pochodziła bowiem z rodziny zielarek i znachorów i od dziecka uczyła się jak w naturze znaleźć wszystko co człowiekowi do zdrowia i szczęścia potrzebne. Znała zioła łagodzące ból i zranione serce. Wiedziała co pomoże na chore gardło i czym uspokoić lęk. Właśnie wybrała się na poszukiwania korzenia prawoślazu kiedy ujrzała snującego się w tę i z powrotem Kowala, a za nim drepczącego smętnie Kłobuka. Zdziwiło ją to i zaniepokoiło, bo Kowal znany był ze swojej pracowitości i pogody ducha, zapytała więc co go trapi i czy nie mogłaby mu jakiegoś lekarstwa znaleźć. Kowal wiedział że Zielarka jest mądrą kobietą, nie raz korzystał z jej pomocy, zwierzył się więc ze swojego zmartwienia. Zielarka wysłuchała, pomyślała, wreszcie poradziła mu zasadzić lipowe drzewa wzdłuż całej wiodącej przez wieś drogi. Lipa to dobre i długowieczne drzewo, chroni przed złymi duchami, symbolizuje miłość, pokój i życie rodzinne. Jej kwiat pomaga na liczne choroby i pięknie pachnie, a do tego przyciąga pszczoły które kolejny dobry pożytek z niego czynią miód tworząc ku pokrzepieniu ciała i ducha. Jest też drzewem przodków, a obsadzona lipami aleja miała by wskazywać drogę wprost na położony za wsią cmentarz, tak aby zawsze można było odczytać nazwiska tych, którzy tu mieszkali.
Łatwo powiedzieć, ale jak samemu zrobić? Toż to moc roboty, a w dodatku skąd wziąć tyle sadzonek na raz? Gdzie ich szukać? Zanim urosną z nasionka Diabeł zdąży jeszcze większych szkód we wsi narobić. Udali się więc po radę do mieszkającej w polu Starościny, która z wyboru ludzi ich społecznością zarządzała i w różnych sprawach ze wsią gminną pośredniczyła. Siedzą u Starościny przed chałupą, dumają, pomysłu szukają, spoglądając z troską na swoją ukochaną wioskę. Wreszcie gospodyni wyszła na ganek, a potem zaprowadziła ich do ogródka za chałupą, z którego rozciągał się widok hen aż na dworskie wzgórze i rozległy park. Tam pójdziemy, oznajmiła Starościna. Byłam kiedyś we dworze i piękne lipy widziałam w dworskim parku. Stare i zupełnie młode drzewka. Widać ogrodnik sadzonki robił. Może ma w zapasie? Poszli całą gromadą: Kowal, Kłobuk, Zielarka, Starościna, a po drodze jeszcze i dwie sąsiadki do nich dołączyły: jedna, która krowy właśnie na pastwisko zaprowadziła i druga co prosto z lasu z jagodami szła. Stary Ogrodnik podzielił się z nimi sadzonkami, bo i sam z wioski pochodził. Ojciec niegdyś gospodę na skraju przy wjeździe od gminnej wsi prowadził, teraz tam siostra z rodziną mieszkała i stara matka. Los mieszkańców nie był mu więc obojętny. Nie dość że dał sadzonki to jeszcze pokazał jak sobie dalej odkłady robić i drzewka rozmnażać. Następnego dnia po powrocie wzięli się do pracy. Starościna, tak jak i Kowal była powszechnie szanowana i zawsze uczynna dla wszystkich, dlatego kiedy ludzie z okolicy zobaczyli ich pracę przy kopaniu i sadzeniu drzewek postanowili pomóc. Wszyscy mieszkańcy spotykali się co wieczór i sadzili drzewa. A przy tym rozmawiali, żartowali, czasem coś wspólnie zjedli i wypili. Wieś zaczęto wkrótce nazywać Lipowe Łąki. Ponieważ to było coś, co każdy przejeżdżający dostrzegał od razu – piękne łąki i szpaler drzewek lipowych.
Diabeł był bardzo zdenerwowany, swędziało go całe futro od tej wszędobylskiej sympatii i wzajemnej pomocy. Im więcej lip przybywało, tym gorzej było mu mieszkać w tej okolicy. Coś muszę zrobić pomyślał, bo mi zaraz umkną i mieszkańcy i wraz z nimi ich duszyczki. Myślał, myślał, aż wymyślił , że całą wioskę skłóci, a potem przejmie w posiadanie. A żeby to osiągnąć postanowił rozpuszczać plotki i kłamstwa strasząc mieszkańców coraz to nowymi okropieństwami, bo jak się ludzie boją, kombinował, to myślą o tym tylko jak siebie uchronić i jak sobie tylko bezpieczeństwo i dostatek zapewnić. Zaplanował więc, żeby mieszkańcom szeptać a to, że zaraza przyjdzie jak kiedyś do Kut, a to że wszyscy będą musieli iść precz, a ich domy zajmą przyjezdni z różnych stron, którzy znać się nie będą nawzajem i przez to będą wobec siebie podejrzliwi, a to że wioska opustoszeje i zniknie z mapy tak, że nawet o ich grobach wszyscy zapomną.
Powiedział Kłobuk o tych diabelskich planach Kowalowi. Niestety żaden z nich nie wiedział jak je skutecznie pokrzyżować. Poradzili się więc znowu Starościny, a ta zwołała w starej szkole zebranie. Przyszli na nie wszyscy mieszkańcy: Kowal i zielarka, tkaczka i koronczarka, rybak jedyny w wiosce i cieśla, garncarz, ogrodnik i wielu, wielu innych, nawet dziadek co koszyki robił i babka, co najpiękniejsze obrazki z papieru wystrzygała, ale daleko w polu mieszkała, więc już dawno nikt jej nie widział. Kłobuk przycupnął w kącie koło drzwi i słucha jaka radzą, co by tu zrobić żeby się diabła raz na zawsze pozbyć. Nagle czuje, że go jakoś dziwnie pióra świerzbią. Patrzy, a tuż obok siedzi anioł. Ni mniej ni więcej tylko ten z Piłackich Wzgórz, który raz już z diabłem zwyciężył. Bo kiedy ludzie radzą w imię wspólnego dobra, to cały wszechświat im sprzyja i pomoc przysyła. Anioł poszeptał, poszeptał kłobukowi na ucho i polecił żeby przekazał to kowalowi. A kiedy ten zdziwiony spytał czemu sam mu pomysłu nie podpowie zdradził mu anioł w czym rzecz: kłobuk jako istota potępiona, zmarła nieochrzczona błąka się pomiędzy światem duchowym i ludzkim. Nie obchodzą go czyjeś losy bo nie jest ani dobry ani zły. Ale że zaczął ludziom pomagać i dobro tym samym czynić przeto przyjęto go do grona dobrych duchów, może teraz przestać się tułać i osiąść gdzie zechce. A żeby ludzie się do niego przekonali, to właśnie on ma im pomóc uporać się z diabłem.
Kłobuk poczuł że budzą się w nim jakieś kolejne ludzkie uczucia – wzruszenie i wdzięczność. Podreptał na swych kurzych łapkach do kowala i mówi mu co anioł podpowiedział: Zło nie lubi, kiedy ludzie się wesela, razem śpiewają i wspólnie bawią. Trzeba zebrać się po środku wsi i urządzić taką zabawę, żeby wszyscy o niej usłyszeli, nawet pan na Grodzisku, który tymi ziemiami włada, na górze mieszka i o wszystkim chce wiedzieć. Powtórzył wszystko kowal zebranym mieszkańcom. Pomyśleli, pogadali i uradzili, że jak tylko zakwitną lipy i zrobi się cieplej urządzą po środku wsi na łące wielką zabawę. Kobiety nagotują pierogów, mężczyźni nawarzą piwa, kto umie, ten zagra do tańca, a wszyscy którzy coś ciekawego potrafią robić podzielą się tym z innymi, tak żeby każdy mógł popróbować a to koszyk upleść, a to garnek ulepić, a to krajkę sobie utkać albo obrazek ładny wystrzyc czy na desce namalować. Dwie tylko rzeczy trzeba było rozwiązać: jak zrobić żeby pan na Grodzisku o zabawie się dowiedział i jak ukryć przygotowania przed Diabłem, który przecież w przydrożnej wierzbie mieszkał i wszystko obserwował… Podniosła się wtedy zielarka i mówi, że często w Węgoborku na Jarmarku zioła sprzedaje i lalki motanki z zielem wszelkim zawiniętym, co ludziom spokój i zdrowie przynoszą. I jest tam taki człowiek co zabawki dzieciom pokazuje, bąki kręci różnorakie i taki w tym sprytny, że nawet pan na Grodzisku go czasem zaprasza, żeby towarzystwo zabawił. Trzeba go zaprosić i przykazać żeby potem wszystko powtórzył. Kowal podpowiedział, że można ognisko wielkie rozpalić, jak na Kupały, żeby aż w Grodzisku było widać. A przecież przy ognisku to zawsze wesoło i posiedzieć i pośpiewać…
Tylko co z tym diabłem? Jak zrobić, żeby się nie dowiedział? Wtedy się piwowar odezwał, taki co to po świecie jeździł i w różnych krajach się uczył. I obiecał takiego piwa nawarzyć że diabeł przez dwa tygodnie spać po nim będzie. Strach je tylko diabłu podsunąć, ale na to zaradził inny, co to kiedyś w wojsku służył, z armat strzelał i diabelski zapach siarki mu nie był straszny. Umówili się, że diabła zagadają, piwem napoją i będzie można spokojnie czynić przygotowania do wielkiego święta lipowych łąk.
Wszystko udało się znakomicie. Diabeł spał napojony mocno chmielonym piwem, mieszkańcy Lipowych Łąk przygotowali wielką zabawę na której wszyscy jedli, pili, bawili się i śpiewali, każdy pokazywał co umie zrobić, a inni mogli się od niego nauczyć ciekawych rzeczy. Można było usiąść przy kole garncarskim i młot kowalski spróbować podnieść, a Rybak rozciągnął sieci i pokazał jak przez nie piłkę z nadmuchanego pęcherza przerzucać i odbijać. Śmiechu przy tym było co niemiara, bo nie wolno żeby piłka na ziemię upadła, zdarzało się więc, że ten czy ów próbując ją podbić, ku uciesze gawiedzi lądował brzuchem na trawie.
Aż się Diabeł obudził od tych hałasów. Przyczłapał na łąkę, ale tam od razu wziął go w obroty magik od kręcenia bąków i tak nim zakręcił, że do północy nie mógł prosto na swoich diabelskich kopytach ustać. Obudziły go nad ranem żurawie zwiastując wschód słońca i zwycięstwo światła, potem rozległ się klekot bocianów. Jeszcze gorzej, bo przecież bociany gnieżdżą się tam gdzie czują dobrych ludzi. Bardzo źle się nasz czort poczuł. Łudził się jeszcze przez chwilę, że może po takiej zabawie zmęczeni mieszkańcy będą marudni i złośliwi, ale gdzie tam! Spotkali się koło południa, wypili resztę piwa i zabrali się zgodnie za porządkowanie łąki, śpiewając przy tym i wspominając jakie piękne rzeczy nauczyli się wczoraj robić. I jak dobrze im się tu żyje wśród łąk i wzgórz, z daleka od głośnego świata.
Zeźlił się na to Diabeł, bo jak się natura i kultura razem spotkają i są w równowadze, to i zły nic nie poradzi. Uznał, że na diabła mu taka garstka dusz i postanowił poszukać szczęścia w wielkim mieście. Ale na odchodnym złośliwie przeklął wioskę, żeby nawet bez jego obecności ludziom nie było tu przyjemnie. Biegnąc więc przez pola na południe rzucił przez ramię: „A bodajby was diabli wzięli. Prędzej wam to jezioro zapłonie i trawa zrobi się niebieska, niż ktoś tu będzie chciał przyjeżdżać. Już ja zadbam żeby wszyscy o was zapomnieli na tym końcu świata.”
Klątwa, niestety, chwyciła się źdźbła trawy, popełzła po ziemi i niedostrzeżona przez nikogo wsiąkła w pień starego dębu w środku wsi. Jednak bała się jeszcze sprzymierzonego z ludźmi Kłobuka. Siedziała więc cicho w korzeniach drzewa które marniało powolutku pod wpływem jej pasożytnictwa i tylko czasem dawała o sobie znać. I wtedy mieszkańcy Lipowych Łąk mówili – oho! diabeł sobie o nas przypomina.
Kiedy kowal zmarł, pochowano go na cmentarzu przy wiosce. Ci, którzy go pamiętali, starali się dbać o jego dobre imię, sadzili lipy, spotykali się co roku na Święcie Lipowych Łąk i odwiedzali jego mogiłę. Jednak ludzka pamięć nie jest wieczna, zwłaszcza kiedy coś złośliwie ją gmatwa i podpowiada nieprawdę. Mieszkańcy przestali odwiedzać grób kowala, a z czasem również sadzić lipy i spotykać się wspólnie na łąkach. Kuźnia, mimo odwiedzin kłobuka zaczęła niszczeć. Kłobuk też powoli przestawał lubić ludzi, którzy już w niego nie wierzyli i nikt nie zostawiał dla niego poczęstunku.
Klątwa wyczuła swój moment. Niektórych zmusiła do wyprowadzki, a na ich miejsce sprowadziła nowych ludzi, zupełnie nieznajomych, bo wiadomo, że człowiek boi się tylko tego czego nie zna i w ten sposób prościej budować strach i niechęć. Niektórzy mieszkańcy obrazili się na siebie tak bardzo, że również ich dzieci, po latach, nie chciały ze sobą rozmawiać, chociaż nikt już dawno nie pamiętał o co poszło. Cmentarz zniknął w gęstwinie i ludzkiej pamięci, jak to mówią: co z oczu to z serca. Nawet jezioro po środku wsi zarosło trzciną, krzakami i dziką olchą. Taka była jadowita moc diabelskiej klątwy. Tam właśnie, w zarośnięte bagno przeniosło się całe zło i ludzi straszyło sprowadzając niemoc i zniechęcenie. „Tu nic się nie uda” mawiali, „w bagnie pośrodku wsi mieszka potwór, który zabiera całą dobrą energię”. I tak wioska powoli zamierała, młodzi wyjeżdżali i wcale nie chcieli powracać, gospodarstwa pustoszały i popadały w ruinę…
Aż tu nagle… Nawet małe dzieci wiedzą, że latem, kiedy dni są dłuższe, lipy kwitną i słońca jest dużo, zło znacznie mniej ma siły. W taki właśnie letni dzień, podczas sianokosów, gospodarz przypadkowo skrzesał ostrzem o kamień iskrę, od której kawałek starego, zarośniętego suchą trzciną jeziora zajął się ogniem. Jezioro zapłonęło. I długo się paliło, bo okazało się, że rzeczywiście mieszkała tam zła energia – od lat bowiem ludzie śmieci tam wyrzucali, graty niepotrzebne i wszystko co im w zagrodzie zawadzało… Wszyscy mieszkańcy wybiegli gasić pożar. A że się wspólnie napracowali to i wspólnie usiedli potem odpocząć pod starą lipą.
Od słowa do słowa zaczęli się zastanawiać skąd taka piękna aleja w centrum wsi i dokąd prowadzi. Tak trafili na cmentarz i odkryli mnóstwo zaniedbanych grobów. Były tam same obce nazwiska, ale jeden z mieszkańców przypomniał sobie, że gdzieś już je widział: Kiedy po strasznej wojnie jego ojciec przybył z rodziną w te okolice znalazł w starej szkole dziennik, w którym spisani byli dawni mieszkańcy wsi ale i jej historia. Odszukał ów dziennik. Sąsiedzi po raz pierwszy od dawna zebrali się razem, pozbyli się krzaków i posprzątali nagrobki, odnaleziono wiele starych mogił, także grób kowala. I wtedy stało się coś niesamowitego. To było wczesną wiosną, a parę miesięcy później, odnalezieni i przywróceni do pamięci zmarli odwdzięczyli się pokrywając całą powierzchnię cmentarza pięknymi niezapominajkami.
Trawa zrobiła się niebieska. Wszyscy przypomnieli sobie zapisaną w dzienniku historię – o tym jak było tu kiedyś spokojnie i dobrze, jak mieszkańcy urządzali Święto Lipowych Łąk po środku wsi, jak się spotykali i razem bawili. I pomyśleli, że może by tak spróbować do tego wrócić? Zorganizowali piknik na łące. Napracowali się przy tym, ale tak jakoś przyjemnie. A wieczorem, przy ognisku zauważyli dziwną postać skuloną w cieniu. Siedziało przy niej dziwne ptaszysko, które o północy podeszło bliżej światła i opowiedziało całą legendę. A na koniec przedstawiło siebie – wyswobodzonego ze złych mocy Kłobuka oraz swojego towarzysza.
Był nim Diabeł, który przewędrował cały świat i mieszkając w wielkich miastach zauważył, że chciwość, lenistwo i głupota radzą sobie świetnie bez jego pomocy. Panujące tam zło przerażało nawet jego. Dlatego teraz, na emeryturze, przypomniał sobie o pięknym i zacisznym miejscu i zatęsknił za wierzbową dziuplą. Spytał, czy w zamian za odwołanie klątwy pozwolą mu tu zamieszkać.
Mieszkańcy oburzyli się zpoczatku. Nie chcieli diabła. Ale nakarmieni pierogami, napojeni domowym piwem zaczęli się w końcu zastanawiać. Przecież w człowieku jest i dobro i zło. Sam musi zdecydować co wybierze. I wziąć za ten wybór odpowiedzialność. Jeśli się wybierze dobrze – to dobrze. Ale jeśli się wybierze źle? I chciało by się to potem naprawić? Wtedy dobrze mieć kogoś na kogo można zrzucić odpowiedzialność za złe podszepty… Może jednak ten diabeł na coś się przyda?
Uradzili że pozwolą mu osiedlić się na skraju wioski, ale pod pewnymi warunkami. Po pierwsze nie wolno mu wyrządzać większego zła, a jedynie pospolite psoty. Będzie nad tym czuwał Kłobuk. Po drugie zgodzi się wziąć na siebie odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, które człowiek zrobi z głupoty albo chciwości, ale potem będzie żałował. Po trzeci wreszcie: będzie czuwał nad tym aby zachowana została równowaga między przyrodą, a idącą z wielkiego i głośnego świata cywilizacją. A także między naturą i kulturą, tak aby mieszkańcy nie popadli w przesadę i zależność ani od jednej ani od drugiej, tylko żyli w harmonii i spokoju ducha.
Diabeł przez cały czas przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, a raczej z kopytka na kopytko i ochoczo zgodził się na wszystko. Wystarczająco długo błąkał się po ziemi. W niejednym piecu palił, z niejednym w mariaszka grywał i w niejednym miejscu się ubierał. Wiedział że wioski takie jak ta są bezcenne. Unikatowe. Najlepsze do życia dla każdego. Zgodził się bez wahania na wszystkie warunki. Poprosił tylko o możliwość uczestniczenia co roku w lipcowej zabawie, kosztowanie pierogów i piwa. Obiecał nawet że pogodzi się z Aniołem z Piłackich Wzgórz i razem będą czuwać nad pomyślnością mieszkańców całej okolicy.
I jak obiecał tak zrobił. Klątwa rozpadła się w proch zabierając ze sobą zniszczony już zupełnie dąb, po którym został tylko stary pniak przy drodze.
A mieszkańcy wsi znowu polubili wspólne spotkania i coraz częściej chcieli rozmawiać, dzielić jedzeniem i wspierać się wzajemnie. Pień dębu został rozwiercony, żeby wszyscy mogli upewnić się, że już w nim nic ze zła nie zostało, a dla pewności i na wszelki wypadek posadzono w jego wnętrzu nową, małą lipkę, na pamiątkę wszystkich przyjaciół i osób ważnych dla wspólnoty wsi.
Odtąd przypomina o szacunku do przeszłości i o tym że trzeba dbać o siebie nawzajem. O tym że dobro wspólne tworzy się razem i służy każdemu, a dla szczęśliwego życia potrzebna jest harmonia i równowaga, piękny widok za oknem i zgodni sąsiedzi za miedzą. Bociany z wioski osiedliły się w całej gminie, która nawet hasło „natura i kultura” sobie z lipowych łąk zapożyczyła. A trawa we wsi bywa tu nie tylko niebieska ale we wszystkich kolorach tęczy. Od farby. Bo piękną wioskę upatrzyli sobie artyści na miejsce corocznych malarskich plenerów.
Koniec i bomba, kto nie wierzy ten trąba J
Już w czasach starożytnych lipa była znana ze swych niezwykłych właściwości. Była dla ludów germańskich i słowiańskich drzewem miłości, symbolem wierności małżeńskiej, a nawet płodności. Słowianie uważali ją również za drzewo symbolizujące kobiecość, dobroć, łagodność oraz szczodrość . Gdy rodziło się dziecko, to niedaleko domu sadzono właśnie lipę. W ten sposób chciano połączyć los dziecka z drzewem o takich wyjątkowych właściwościach. Jak wynika z informacji zawartych w publikacji „Na początku było drzewo”, lipa towarzyszyła ludziom aż do chwili śmierci – uważano, że trumny zrobione z drewna lipowego zapewniały spokojny wieczny odpoczynek. Ciekawy zwyczaj, jak przeczytamy we wspomnianej książce, istniał wśród plemion germańskich. W cieniu lipy, która miała pomóc wydać sprawiedliwy wyrok, zbierała się starszyzna osady. Powszechnie wierzono, że drzewa te wspierają poszukiwanie prawdy i mądrości. Pod jej koronami odbywały się również zabawy. Nie dziwi więc, że w społecznościach zamieszkujących dawne ziemie plemion germańskich nazywano je drzewami sprawiedliwości i tańca. Z czasem symbolika lipy została przejęta przez chrześcijan, którzy wieszali na niej kapliczki i figurki świętych, sadzono ją również przy kościołach i cmentarzach, a na lipowych deskach malowano ikony.
Główny bohater książki Zbigniewa Nienackiego „Raz w roku w Skiroławkach” doktor Niegłowicz radził swoim pacjentom popijać napar z lipy zwłaszcza jesienią i zimą, żeby mazurska melancholia mrocznych lasów, zamglonych jezior i mokradeł w połączeniu z długą ciemnością, za bardzo na duszy nie osiadała.